inwestycje w nieruchomosci

Inwestowanie w nieruchomości? Czyli jak to wszystko się zaczęło?

Dzisiejszy wpis będzie bardziej refleksyjny niż stricte wiedzowy. Opowiem Wam od czego u mnie rozpoczęła się droga pod tytułem: inwestowanie w nieruchomości. Wcale nie było prosto, łatwo i bez górek. Wbrew pozorom wydaje mi się że było przez większą część pod górkę. Nie piszę tego by sobie ponarzekać. Piszę to by dać Ci wiarę i nadzieję. Chcę Ci pokazać, że moje możliwości wcale nie odbiegają od średniej krajowej 😉 Wydaje mi się, że są nawet mocno poniżej. Mimo to – temat inwestowania w nieruchomości jest przez nas ruszony 😉 Pierwsze kroki za nami. A jeśli chodzi o górki. Zycie nauczyło mnie, że zasada jest jedna – jeśli nie wejdziesz i poddasz się przy mniejszej górce – nikt nie pozwoli Ci nawet próbować wejść na większą.

Trudne początki

Szczerze – to jeszcze jakieś 5 – 6 lat temu w ogóle nie  myślałam o nieruchomościach. Jasne – czytałam książkę Kyiosakiego. Ale jeśli chodzi o inwestowanie w nieruchomości – dla mnie to nie było żadne odkrycie. To była raczej powieść z pogranicza fantastyki i s-f, które na co dzień czytam. Inwestowanie w nieruchomości wcale do mnie nie trafiło. Wtedy po prostu nie byłam gotowa na tą wiedzę. To był poziom zaawansowany – a ja nawet na początkującym nie byłam. Jednak coś z tej książki wyniosłam: zaczęłam odróżniać aktywa od pasywów, zdałam sobie sprawę że dom, który rodzice nam zapisali, wbrew temu co mówili nie jest moim aktywem. Zjadał i cały czas zjada znaczną część naszych dochodów Zauważyłam, jak wiele przekonań, które wpoili mi rodzice ze spokojnym i dostatnim życiem w ogóle nie mają nic wspólnego:)

Nasza sytuacja finansowa w tamtych czasach nie była różowa. Mąż próbował swoich sił jako rolnik (przejął kilku-hektarowe gospodarstwo od taty), ja zaś jak wtedy – tak i teraz byłam zatrudniona w zakładzie, który pod kątem wynagrodzenia jest daleko poniżej średniej krajowej. Z drugiej strony jest na miejscu, umożliwia pracę z fajnym zespołem ludzi oraz bez problemu mogę wyjść z pracy – kiedy tego potrzebuję. Co przy dwójce małych dzieci – ma ogromne znaczenie dla pracującej matki.

W ciągu krótkiego czasu okazało się, że na rolnictwo jesteśmy za chudzi w uszach 🙂 Oraz nie mamy do niego powołania. W dzisiejszych czasach wszystkie zarobione pieniądze jak i czas trzeba byłoby wkładać w to gospodarstwo. I jeśli robilibyśmy to solidnie, pomysłowo i z głową – być może nasze wnuki miałyby porządne zaplecze pozwalające im żyć, tak aby stać ich było na realizację marzeń. Co nie znaczy, że mieliby na to czas. Gospodarstwa – i wszelkiego rodzaju hodowla to praca na 24 godziny 7 dni w tygodniu. Oboje wychowywaliśmy się w rodzinach rolników – i doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę. W ciągu krótkiego czasu doszło do nas – że nie chcemy tak żyć. Poświęcać wszystkiego na rozwój gospodarstwa. To po prostu trzeba kochać – a my nie przesiąkliśmy ziemią. Podziwiam i doceniam ludzi którzy wybrali taką drogę życiową. To jest jeden z cięższych kawałków chleba z jakim póki co się spotkałam. 

Moim konikiem od lat był internet i wszelkiego rodzaju e-biznesy. To mnie kręciło. Tym chciałam się zajmować. W tej kwestii moja droga była długa, zawiła i czasami kosztowna 🙂 Początki to programy partnerskie i afiliacyjne, a stąd już tylko malutki krok do MLM-ów. Z tych ostatnich wyniosłam najwięcej. Oczywiście nie pieniędzy, ale dzięki nim nauczyłam się marzyć, stałam się bardziej otwarta na ludzi i doszło do mnie, że umiejętność sprzedaży jest jedną z najważniejszych i najbardziej dochodowych umiejętności w życiu. Dodatkowo zachłysnęłam się ideą dochodu pasywnego. Ciężko pracuję kilka – kilkanaście lat nad budową zespołu – a potem spijam śmietankę 🙂 Uwierzyłam w to. I to było moim motorem. Szybko się jednak okazało że ideały, a rzeczywistość to dwa różne światy. Ze struktur MLM ludzie tak szybko się wypisują jak zapisują, ludzi którzy potrafią sprzedawać i działają jest tylko kilku na setki. Twoje zarobki zależą tylko i wyłącznie od ilości zamówień i obrotów jaka Twoja grupa wyrabia w danym okresie czasu.

W końcu doszło do tego, że usiadłam z ołówkiem i kartką papieru i przeliczyłam sobie wszystko. Szczerze – to od tego powinnam była zacząć 🙂 Przeliczyłam sobie jaki obrót musiałabym zrobić wraz z grupą by zarobić tysiąc czy 2 tysiące zł brutto. To samo przeliczyłam sobie na niezbyt dużych marżach pierwszego lepszego sklepu internetowego. 

Okazało się że – dodatkowe pieniądze znacznie szybciej zarobię zakładając swój własny sklep internetowy niż dalej działając w MLM. Nie pamiętam dokładnych wyliczeń jakie wtedy robiłam 🙂 Pamiętam tylko jakie nasunęły mi się wnioski. 

I tak od planów do czynów w 2011 powstał sklep internetowy z kosmetykami. Początkowo z kosmetykami z Morza Martwego – oraz Colway – jednego z nielicznych MLM, który nie zabraniał sprzedawania kolagenu na własnych stronach internetowych. 

I oczywiście znowu było pod górkę 🙂 Moja pierwsza hurtownia zniknęła ze swoją działalnością szybciej niż rozkręciłam sklep. Za to druga – okazała się strzałem w dziesiątkę. Tak uczciwych, sumiennych i pomocnych ludzi ze świecą szukać. A mi było dane z nimi współpracować kilka naprawdę fajnych lat. 

Moje pierwsze zamówienie ze sklepu okazało się też pierwszym zwrotem. Pamiętam tą radość z zamówienia i potem ten strach, prawie fizyczny ból i zwątpienie. Czy naprawdę dobrze robię? Czy nie lepiej usiąść na kanapie, a nie siedzieć nocami i sklep rozkręcać by potem ponosić dodatkowe koszty? Na szczęście mimo przeszkód nie poddałam się i weszłam na tą górkę. Przez te wszystkie kolejne lata zwroty stanowiły może 0,2 – 0,5% wszystkich zamówień. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Nie znałam tych statystyk i nie miałam z kim pogadać. A takie doświadczenie na początek naprawdę mocno daje w kość. Szczególnie wtedy, gdy przecieramy szlak po raz pierwszy. Z dzisiejszej perspektywy – to był malutki kamyczek, który dostał się do buta. Wtedy jednak wyglądał jak ogromny głaz, którego wpychania na górę nie powstydziłby się sam Syzyf.

 

A gdzie tu nieruchomości?

 

bogaty ojciec biedny ojciec ROBERT KIYOSAKI Sama nie pamiętam jak to się zaczęło. Najpierw malutkie nieznaczące ziarnko posiane przed bogatego i biednego ojca. Potem problemy finansowe i wpadanie w spiralę długów. Nie wiem jak, gdzie i kiedy zaczęliśmy wydawać więcej, niż mieliśmy do dyspozycji. Jedna karta kredytowa, potem druga, Konta obrotowo – oszczędnościowe i nadmierna konsumpcja. Grunt powiedzieć – kiedy się obudziliśmy – byliśmy w czarnej d…. Bez oszczędności, poduszki finansowej, na styku, z prawie maksymalnym zadłużeniem na każdym koncie jakie posiadaliśmy.  Brak jednej wypłaty spowodowałby lawinę mało przyjemnych zdarzeń. Szczególnie gdy się ma dwójkę dzieci na utrzymaniu. Plus minus zbiegło się to z moim pierwszym zamówieniem i zwrotem towaru. Nie dość, że miałam doła – bo w końcu uświadomiliśmy sobie w jak złej kondycji finansowej jesteśmy – to jeszcze ten zwrot. Sklep, który miał przynosić dochody – generuje dodatkowe koszty. 

 

Jakimś cudem – surfując po internecie trafiłam na blog Michała Jak oszczędzać pieniądze. Pomógł mi zupełnie tak, jak setkom innych osób. Czytając jego artykuły uświadomiłam sobie jak wielkie mam braki jeśli chodzi o kwestie finansowe. Jak lekko podchodzimy do tematu i jak dużo może nas to kosztować. Stopniowo – małymi kroczkami zaczęliśmy prostować naszą sytuację finansową. Najpierw całkowita spłata zadłużenia z jednej karty kredytowej, potem z drugiej. W między czasie trudna acz konieczna decyzja o przekwalifikowaniu się męża. Z rolnictwa przeszedł na własną działalność, a gospodarstwo zaczęło generować dochody bez naszej jakiejkolwiek pracy. W postaci czynszu za dzierżawę ziemi. To było kolejne ziarnko w stronę inwestowania w nieruchomości.

 

Trzecim – okazał się blog Michała Szafrańskiego 🙂 A w sumie nie tyle blog – co konkurs który ogłosił na NAC 2013. Będąc jego fanem i czytelnikiem zamarzyło mi się poznać jego, jak i zobaczyć Danielewskiego z Majewskim w akcji. Kiosakiego też fajnie byłoby ujrzeć na żywo 🙂 Reszty nie znałam i ich nazwiska absolutnie nic mi nie mówiły. Od myśli do czynów. Usiadłam jednego letniego wieczora z piwem w ręku i puściłam łapki w ruch. Nigdy nie czułam się i dalej nie czuję się jakoś wybitnie uzdolniona w kierunkach polonistycznych. Faktem jest jednak, że jak się zastanowię to potrafię ubierać uczucia w słowa i opowiadać historie 🙂 Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. 

Być może dlatego – Michał wybrał właśnie mnie 🙂 I to ja wygrałam ten konkurs 🙂

Ogłoszenie konkursu i mój komentarz http://jakoszczedzacpieniadze.pl/konkurs-robert-kiyosaki#comment-22250

Wyniki konkursu http://jakoszczedzacpieniadze.pl/wyniki-konkursu-kiyosaki

I tak w dniu urodzin – okazało się, że będę miała szansę zrealizować kilka ze swoich marzeń w całkiem oszczędny sposób 🙂

Cieszyłam się na to szkolenie i nie mogłam się go doczekać.

 

Szkoleń przeprowadzonych na NAC 2013 komentować teraz nie będę. Jedne były dla mnie bardziej wartościowe – inne mniej. Części w ogóle nie zobaczyłam – bo siedziałam w kuluarach. Siedziałam i słuchałam rozmów Michała i innych ludzi, którzy uczęszczali na kursy Piotra Hryniewicza. Jego też miałam wtedy okazję poznać, jak i Mateusza Brejtę. Oni mnie pewnie nie pamiętają – jednak dla mnie te 2 dni okazały się milowym krokiem. Samo słuchanie ich rozmów o nieruchomościach, sposobach na życie i zarabianie – było przełomem. Siedziałam miedzy nimi i chłonęłam wszystko jak gąbka. 

Pamiętam, jak spytałam Michała o radę. Już wtedy przy nich zaczęłam rozumieć że mieszkanie na wynajem to całkiem przyjemny sposób na powiększenie ilości gotówki co miesiąc. Przedstawiłam swoją sytuację i spytałam, co by zrobił będą c na moim miejscu. Z tego co mówił – zrozumiałam pewnie mniej niż połowę. W którymś momencie przeszła mi przez głowa myśl, że nie ma znaczenia czy mówi do mnie po polsku czy po chińsku – i tak z całego wywodu dla średnio zaawansowanych rozumiem dokładnie nic 😀 

Jednak idea została zaszczepiona. Podświadomość złapała się na haczyk z napisem Inwestycje w nieruchomości i dalej powoli acz skutecznie zaczęła drążyć ten temat 🙂

 

Ale to temat na kolejny wpis 🙂

 

Jaka jest puenta tej całej mojej historii? Że z każdych tarapatów można wyjść, wyprostować swoją sytuację i zacząć kombinować w ten sposób – by stopniowo zwiększać swoje zasoby, zmniejszać konsumpcję i dojść do etapu w którym zaczyna się inwestować. Nawet w tak kosztowne rzeczy jakimi są nieruchomości. Jesteśmy tego najlepszym przykładem. Trzeba być może na to więcej czasu niż u innych osób – ale ten czas i tak upłynie. Więc lepiej zacząć teraz – niż nie zaczynać w ogóle.

A jeśli masz problem z opanowaniem swoich finansów – polecam blog Michała. Naprawdę kawał dobrej roboty w nim robi. A ludziom którzy wolą czytać czując ciężar książki w ręku – publikację Finansowy Ninja. Recenzja książki na tym blogu już niedługo 😀

2 myśli nt. „Inwestowanie w nieruchomości? Czyli jak to wszystko się zaczęło?

  1. Anna - Kobieta Inwestuje

    Świetny motywacyjny wpis. Sama właśnie jestem na etapie myślenia o inwestowaniu w nieruchomości, więc łaknę tego typu informacji. Jestem po lekturze książki Bogaty ojciec, biedny ojciec i kilku innych i zachęcona jestem bardzo, ale też sama czuję, że potrzebuję jeszcze sporo wiedzy… 

    Odpowiedz
    1. Ula Autor wpisu

      W takim razie najlepiej poświęc trochę pieniędzy i zainwestuj je w szkolenie z nieruchomości. Zobaczysz więcej napaleńców, usłyszysz strategie, poczujesz klimat, a przy okazji spotkasz naprawdę sympatycznych ludzi 🙂 To daje dobrego motywacyjnego kopa i pomaga wyjść ze strefy komfortu 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge